Posted by: Alicja on: październik 27, 2009

W ramach integracji naszej waldorfskiej rodziny szkolnej spędziliśmy piękny weekend w Górach Stołowych. Pomysł na Wyprawę do Narnii wyszedł od Rodziny Zacharzewskich, za co im raz jeszcze publicznie dziękujemy
Zarówno miejsce noclegowe (znów dom z duszą w środku lasu!) jak i miejsca, do jakich nas zabrali na wycieczki okazały się po prostu cudowne. Trzeba tam koniecznie wrócić!
W zamgloną sobotę zwiedziliśmy Skalne Miasto w Adrspachu (po czeskiej stronie):




Jak widać pogoda nie była fotogeniczna. Wiele pięknych zdjęć można zobaczyć na oficjalnej stronie Parku Narodowego w Adrspachu: http://www.adrspach.cz/fotogalerie/
Niedziela była cudownie słoneczna, od samego rana, jakby na zamówienie fotografa… Niestety fotograf opuścił na chwilę grupę, by odwieźć właścicielom zagubionego w lesie psa, po czym idąc w pojedynkę nieco się pogubił na szlaku… A że podejście na Błędne Skałki okazało się bardzo wymagające, zasapany doszedł z godzinnym opóźnieniem… A potem miał już ręce zajęte znoszeniem z góry śpiącego dziecka… Niestety moje ręce, zbyt drżące od wnoszenia słodkiego maleństwa przez 1,5 godziny po, miejscami, bardzo stromych podejściach, nie nadawały się już do odpowiedzialnego trzymania aparatu
Tak więc brak zdjęć z niedzielnej wycieczki… Ech… Kiedyż to wreszcie nadejdą czasy wolnych rąk na górskich szlakach…
Zostało tylko wspomnienie przenikających przez około domowy, naprawdę baśniowy las, porannych promieni słońca…


Posted by: Alicja on: październik 27, 2009

Porąbka, 26 i 27 września. To kolejne urocze miejsce w Beskidach, do którego lubimy wracać.

W domu na Złotej Górce, w samym środku lasu panuje ci….sza, zakłócana rano jedynie przez gulgot indyków za domem a wieczorem przez nasze zaangażowane dyskusje przy kominku
Nasze grzybobranie obfitowało w przyrodnicze przygody.




Po wyprawie do lasu dzieciaki zajmowały się gospodarskimi kurami i królikami.

Tydzień później znów zebraliśmy mocną ekipę i powróciliśmy w to samo miejsce. Pogoda już nam tak nie dopisała jak tydzień wcześniej, grzyby również nie, ale humory – jak najbardziej
Hmmm… Co Gerard ma między zębami?

Matka karmiąca zawsze czujna:

Kasia B. spoziera:

Monia cieszy się, że ma już trójkę i wystarczy:

Darek niańczy trzecie:

Ewa tuli Hakera:

A dzieci świetnie się bawią:


Tomek z Szymkiem dodają sobie otuchy, bo w tym babskim gronie czują się niezrozumiani:

A oto i prawie cała ekipa (bez fotografa i Suni, która kręciła się pod fotografa nogami):

Posted by: Alicja on: październik 27, 2009

Przy okazji wertowania internetu w poszukiwaniu sierpniowych warsztatów z Magdą Kapelą, natknęłam się na pewne ciekawe miejsce w Beskidzie Sądeckim zachwalane przez najrozmaitsze “świry”: joginów, buddystów, tancerzy, adeptów sztuk walki, fotografów, artystów – słowem tych, co zwykle się nie wtapiają w tłum
(www.sopatowiec.pl ). Postanowiliśmy z Piotrem odwiedzić to urocze miejsce, jeśli nadarzy się taka okazja, tzn. jeśli wstrzelimy się w jakiś “niezaprogramowany” weekend. A nie jest to wcale takie łatwe, jnp. Sylwester zarezerwowany jest tam, bodajże, na najbliższe 3 lata wprzód
.
Udało się: z soboty na niedzielę 19 i 20 września! Wow! Mieliśmy wielkie szczęście. Pogoda była malowana! Wyciągnęliśmy ze sobą kuzynkę Kasię i Monię z Darkiem.



Całą sobotę trwały spontaniczne warsztaty fotograficzne.




W Sopatowcu gospodarzy Gosia Kacner: filozof z dredami (innym filozofem z dredami jakiego znamy, też po UJ-ocie chyba, jest nauczyciel angielskiego w szkole waldorfskiej (sic!)

W Sopatowcu każda doba to obowiązkowa doba Full Board! Gosia wspaniale gotuje wg pięciu przemian. Mniam mniam!

Na noc zostaliśmy sami. Całą niedzielę spędziliśmy na rozmowach z gospodarzami oraz na przeglądaniu wielu książek z imponującej biblioteki Gosi. A dzieciaki skakały po drzewach!
Cudowne miejsce na zaczerpnięcie spokojnego oddechu… Tylko kiedy tam znów będzie tak spokojnie? Sezon warsztatów rozmaitych trwa!
Posted by: akurra on: wrzesień 21, 2009
no i warto jest z duza iloscia wycisnietej cytryny
Posted by: Alicja on: wrzesień 5, 2009

Parafrazując słynną sentencję słynnego polityka, co się ponoć zna na tym i owym: dobre wakacje można poznać, nie po tym jak się zaczęły, ino po tym jak się skończyły
No to końcówkę mieliśmy ekscytującą (w sensie: “ożywczą”). Tchnęła w nas nową energię i przywróciła “boży” rytm.
W skrócie:
6 dni warsztatów jogowo-bollywoodowych nad morzem (z pobudką przed 7 rano) skutecznie odparło poranne lenistwo z czasów hiszpańskich, kiedy to śniadania jadaliśmy koło południa, tzn. polskiego południa, bo w dla Hiszpanów południe to 14:00…
W Pleśnej znęcała się nad nami Magda, która – jak widać poniżej – z nieukrywaną satysfakcją przygląda się naszym sado-masochistycznym praktykom (metoda Iyengara)

O 20:00 co poniektórzy odreagowywali stres pląsając w rytm “lecza lecza” pod okiem Meggy.

Niestety w dniu występu Ewa była bardzo niezadowolona ze swojego stroju i nie zaprezentowala się w tańcu. Uwiecznilismy jednak satysfakcjonujące ją wcielenie w driadę:

A teraz dygresja końcówkowa: przy okazji podróżowania z południa na północ przypomnieliśmy sobie o pospiechu na drogach i o tych, co wyprzedzają na trzeciego. I jak teraz o tym piszę, to na myśl przychodzi mi pewne rondo w Walencji, którym kilka razy mieliśmy okazję przejechać jadąc do Oceanarium:

Rondo ma 10 pasów, przy czym linie dzielące pasy narysowane są fragmentarycznie, jak widać. Nitka górna lewa ma 7 pasów, a prawa tylko 3 pasy. Wyjeżdżanie z tego ronda na 3-pasmową drogę , oczywiście w godzinach szczytu, to rewelacyjne doświadczenie… raczej dla natur spokojnych (takich, jak Piotr). Kluczem do sukcesu, jest nie tylko rozglądanie się zarówno na prawo, jak i na lewo w trosce o wygospodarowanie dla siebie odrobiny przestrzenii, ale przede wszystkim: UPRZEJMOŚĆ dla jadących obok, jesli np. z 3 wewnętrznego pasa, będą właśnie chcieli wydobyc sie z ronda … hi hi…
Dla tych, którym się wydaje to dość stresujące, polecam sawasanę*
*Sawasana jest to całkowite rozluźnienie ciała i umysłu w pozycji leżącej na wznak.
Posted by: Alicja on: sierpień 6, 2009
To kolejny filmik z 2006 roku – taka nasza rodzinna perełka z lamusa. Ewcia chodziła wtedy do przedszkola waldorfskiego. A przedszkola waldorfskie, podobnie, jak i szkoły waldorfskie wyróżnia na tle innych to, że budują więzi wsród grona nauczycieli i rodziców. Jeśli ktos nie rozumie, o czym pisze, to na pewno zrozumie, kiedy obejrzy film.
Na święcie nie obyło się bez płaczu: Ewci, która śpiewając piosenkę, speszyła się w końcu i odbiegła nieszczęśliwa porzucając mikrofon; Kasi z kolei – załamanej tym, że wraz z koleżankami nie zostały wybrane do odśpiewania przygotowanej piosenki.
Posted by: Alicja on: sierpień 6, 2009
To króciutka relacja z jednego wieczoru spędzonego w gospodarstwie agroturystycznym w Żegocinie u Państwa Gasów. Było to dawno, dawno temu. Wieczór obfitował w emocje sportowe, które – wbrew powszechnie utartym wzorcom – udzielały sie tylko mnie. Mój meżczyzna zupelnie nie zainteresowany ważnym międzynarodowym meczem, postanowił nakręcić studium reakcji “oszołomionego” kibica (piłam wino). Po 3 latach odkryłam te zdjęcia i zmontowałam, tak ku pamięci
Zwróćcie uwagę na to, co mówi komentator sportowy…
Posted by: akurra on: lipiec 28, 2009
Choroba, zapomniałem jak się wrzuca tu filmy z vimeo… / Gosh, I forgot how to embed movies from vimeo….
O już wiem: / I got it now:
Posted by: Alicja on: czerwiec 21, 2009
Llegamos ayer. Hace mucho frío (14°C) y lluvia mucho. Brrrrrrr…..
Absolutamente un contraste muy grande
Ahorra pasamos tiempo con nuestros padres. Pronto escribiremos más sobre el viaje de 10 días…
Posted by: Alicja on: czerwiec 4, 2009
Ewa uczyła nas flamenco:

Z Lucxem polerowaliśmy lufy armat na Monte Las Cenizas…

Z Gosią przesiadywaliśmy wieczorami u nas lub u bardzo gościnnych Państwa V.

Państwo V. mają super widoki z tarasu. Poza tym Mike słynie ze swoich grillowych popisów: na naszych oczach podpalił Karolinie parę kwiatków, kiedy… postanowił zgasić benzyną węgielki na grillu

Poza tym Mike ma fantastyczna kolekcję zwierzaków… takich dość nietypowych domowych pluszaków… Tzn. zupełnie nie pluszowych… Np. taki oto milutki szaliczek:

Nie muszę chyba pisać dlaczego dziewczynki odwiedzałyby Mike codziennie, gdyby tylko mogły?